Przyznam się, że w ogóle zapomniałem o istnieniu „Threads,” gdyby nie seria artykułów w prasie branżowej o fenomenie tej platformy na Tajwanie. Sam jej nigdy nie używałem, ponieważ kiedy próbowałem się zarejestrować w lipcu zeszłego roku, a byłem wtedy na Tajwanie, to pojawiła się informacja, że „usług jest niedostępna w twojej lokalizacji.” Co jest niezłą ironia biorąc pod uwagę, że wyspa jest jednym z nielicznych krajów, gdzie „Threads” zdobyły popularność. Nie jedyną jednak.
„Threads” miały unikać polityki czy wiadomości i skupić się na rozrywce. Moim zdaniem głupi pomysł, skoro ambicją twórców było przejcie użytkowników Twittera po serii nieciekawych zmian wprowadzonych przez Elona Muska. Rozumiem, że pomysł miał pozwolić na uniknięcie kontrowersji i na ograniczenie moderacji (czytaj: kosztów). To się nazywa ciastkizm, czyli próbować zjeść ciastko i mieć ciastko. Skończyło się, jak się musiało skończyć w takim wypadku. Na Tajwanie jednak to polityka przyciągnęła ludzi do platformy.
Tajwańczycy zaczęli w ostatnim okresie nie tylko wracać do „Threads,” ale też od miesięcy aplikacja dominuje na wyspie na listach pobrań. Znani urzędnicy i politycy założyli konta, a platforma stała się najpopularniejsza wśród młodych ludzi. W prasie branżowej dominuje opinia, że za sukcesem platformy na wyspie stoi kilka czynników. Pierwszy to fakt, że Twitter nigdy nie stał się naprawdę popularny wśród Tajwańczyków. Równocześnie wybory prezydenckie w styczniu również przyniosły znaczną liczbę nowych kont i ożywioną dyskusję na temat polityki i kwestii społecznych. W ten sposób „Threads” udało się zaspokoić zapotrzebowanie na otwartą dyskusję, gdy inne platformy, jak Facebook, tracą na atrakcyjności. Co ciekawe, właśnie brak ograniczeń (algorytmu) w rozpowszechnianiu wpisów, pozwolił na większą wymianę i dyskusję w gorących kwestiach politycznych i społecznych. W rezultacie wiele osób na Tajwanie dołączyło do „Threads” przed wyborami i korzysta z nich codziennie do dziś.
Interesujące, jak to wpłynie na popularność „Line,” japońskiego komunikatora w stylu WhatsApp, bez którego nie da się przeżyć dłużej na Tajwanie czy w Japonii. Problem „Line” polega jednak na dużym spenetrowaniu grup dyskusyjnych na Tajwanie przez chińską dezinformację. Oczywiście, jest to też inny rodzaj medium społecznościowego, ale uwaga użytkowników to nie guma i nie da się jej rozciągać. Wzrost czasu użytkowania jednej platformy musi wpłynąć na inne.
PS. Nadal nie używam „Threads,” choć Musk męczy mnie coraz bardziej i czekam z wytęsknieniem na jakąś poważną alternatywę dla TT.
